Lustracja abp. Stanisława Wielgusa

Ks. Ireneusz Skubiś

Wiele osób, czytając doniesienia prasowe na temat nowego arcybiskupa warszawskiego Stanisława Wielgusa, doznaje szoku, "zawrotu głowy". Niektórzy dziennikarze wypowiadają się w sposób jednoznaczny, że Ksiądz Arcybiskup był tajnym współpracownikiem służb wywiadowczych PRL i to przez wiele lat. Najczęściej atakują go ludzie dość młodzi, którzy zagięli parol przeciwko metropolicie warszawskiemu, chcą go koniecznie zniszczyć, upokorzyć, a dobrą sławę już dawno mu zabrali. Przykładem może być młody katolik, który został dopuszczony do akt IPN jako naukowiec, a potem wykorzystał ich znajomość jako dziennikarz. Czy to jest uczciwe?
Są też głosy o wiele ostrożniejsze, bardzo rozsądne, które zauważają, że lustracja, która się odbywa, ma ciągle charakter dzikiej lustracji. Zauważają przede wszystkim, że niszczony jest człowiek dotąd bardzo szanowany i obdarzony ogromnym autorytetem. Diecezja płocka cieszyła się, że miała takiego pasterza. Na drodze do Warszawy nowy pasterz napotyka ogromne trudności ze strony mediów. Chciałbym zwrócić uwagę, że zaatakowany jest człowiekiem bezbronnym, mającym ograniczony dostęp do akt, więc nie bardzo może się bronić. Dowiadujemy się bowiem, że oprócz tego co zostało opublikowane na internetowych stronach "Gazety Polskiej" mogą odnaleźć się inne dokumenty w sprawie Należy zauważyć, że opublikowane materiały znajdują się na mikrofilmach. Nie mamy więc dostępu do oryginałów. Nie możemy więc zasadnie o problemie dyskutować.
Stawiam nadto pytanie: Czy abp Wielgus, jako człowiek, jest traktowany godnie, po ludzku i obywatelsku? Akurat gdy podawano informacje o rzekomej jego współpracy z SB na pasku wiadomości telewizyjnych czytaliśmy o zbrodniarzu, który zamordował 7-letnią Grażynkę, z podaniem jednak tylko jego imienia i inicjału nazwiska: Sz. Człowiek, który dokonał straszliwego czynu, ma prawo do ochrony swego nazwiska. Natomiast można, nie naruszając prawa, niszczyć dobre imię biskupa.
Gdzie my jesteśmy? Jakimi kryteriami kierują się dziennikarze, zwłaszcza ci, którzy uważają się za katolików. To przykre, że nie potrafią zachować odrobiny umiaru. Przybierają pozę wymiataczy brudów z Kościoła w Polsce - niepodważalnych w swych opiniach-wyrokach sędziów ludzi Kościoła w Polsce.
W "Kropce nad i" abp Sławoj Leszek Głódź powiedział: - "Apeluję o rozwagę i umiar przy oskarżeniach. Papież znał przeszłość arcybiskupa Stanisława Wielgusa. Domniemanie niewinności, uczciwy proces i wreszcie prawomocny wyrok, tak działa państwo prawa. Mikrofilm nie jest żadnym dowodem, a arcybiskup nie musi zabierać głosu co drugi dzień" - dodał.
Trzeba zadać sobie pytanie od strony metodologii, jaką wartość mają dokumenty skopiowane, ich mikrofilmy ? Czy mogą one być dowodem w sądzie? A sprawa nadaje się do przewodu sądowego - każdy człowiek ma prawo do swojej obrony w sądzie. Przykład Zyty Gilowskiej, która oskarżona o współpracę z SB, doczekała się oczyszczenia, winien być poważnym ostrzeżeniem.
Pragnę ustosunkować się do stron internetowych "Gazety Polskiej", która zamieściła kopię zawartości teczki abp. Wielgusa. Jest to zbiór notatek operacyjnych oficerów rzekomo prowadzących rozmowy z ks. Wielgusem. Proszę zauważyć, że jedynym dokumentem tego zbioru własnoręcznie sporządzonym i podpisanym przez niego jest plan badań naukowych w związku z otrzymaniem stypendium Humboldta. (Jego treść drukujemy obok w celu zauważenia, że nie ma tam żadnych donosów). Natomiast dziennikarka telewizyjna wskazywała na ten dokument jako dowód współpracy.
Drugi dokument, o którym dziennikarze twierdzą, że jest podpisanym przez ks. Wielgusa jego pseudonimem Grey - po dokładnej analizie może okazać się dokumentem podpisanym przez pracownika SB. Stron podpisanych tym pseudonimem jest w dokumentacji jeszcze dwie. Są też strony podpisane pseudonimem Adam Wysocki.
Przedstawiona dokumentacja, stanowiąca zbiór notatek operacyjnych oficerów sporządzonych z rzekomych z nim rozmów nie może być uznana za dowód w sprawie. Służby te były zdolne do wyprodukowania dowodów o większym ładunku rażenia jak było to w przypadku m.in. ks. Jerzego Popiełuszki, kiedy w jego mieszkaniu podczas rewizji znaleziono "obciążające" go różne materiały. Nie wolno więc dokumentów sporządzanych przez służby wywiadowcze traktować jako dokumenty tak wiarygodne, jak ewangelia.
Dlatego przeciwko obecnemu kształtowi lustracji, widząc jego niedoskonałość i destrukcyjne skutki, wielu duchownych i świeckich ma poważne zastrzeżenia. Po tych uwagach radzimy Księdzu Arcybiskupowi powołać dobrych ekspertów, którzy wystąpią przed sądem, żeby oczyścić go z okrutnych pomówień, a jednocześnie zażądać od oszczerców satysfakcji.
Zwrócę jeszcze na uwagę na kilka rzeczy, które dotyczą obecnej lustracji - dlatego dzikiej, bo nie sądy czy inne urzędy państwowe w tym celu ustanowione ale dziennikarze wyciągają nazwiska, atakują, oczerniają, wygłaszają złe i niesprawdzone opinie o ludziach. Tak się składa, że ofiarami na tym etapie procesów lustracyjnych są przeważnie księża katoliccy, a także obecni biskupi. Wprawdzie mówi się, że było bardzo wielu dobrych biskupów, księży, którzy się nie poddali ale jednocześnie linczuje się tych, którzy mieli dotychczas dobrą opinię. I nikt już im tej opinii nie przywróci, zostali skopani przez media i napiętnowani.
Kto bierze za to odpowiedzialność, za sytuację, w której znalazł się Kościół ? Kiedyś IV departament i inne czynniki komunistyczne niszczyły Kościół i duchowieństwo, dzisiaj praktycznie dzieje się to samo. Niech odpowiedzialni za kraj dostrzegą wreszcie krzywdę, jaka dzieje się Kościołowi. Łatwo uruchomić mechanizmy niszczące dobrą opinię, łatwo podstawiać mikrofony - łatwo moralnie i cywilnie zabijać.
Trzeba zwrócić uwagę szczególnie na dziennikarzy, którzy nie mają szacunku dla ludzi, których oskarżają, do osądzania których roszczą sobie osobiste prawo. Gdzie my jesteśmy? Polska winna być krajem życzliwym dla obywateli. Czy to, co się dzieje, może być okolicznością świadczącą o tym, że jesteśmy państwem prawa i sprawiedliwości? Czy obywatele, w tym i księża, mogą czuć się bezpieczni, że ich nikt nie będzie odsądzał od czci i wiary, że nikt (tak jak to było niedawno) nie będzie ich pomawiał o szpiegostwo, o współpracę z siłami wrogimi Ojczyźnie? Nad tym trzeba się bardzo głęboko zamyślić.
Powinniśmy także zwrócić uwagę na samą istotę problemu - a mianowicie - czy tylko historycy mają badać problem współpracowników SB, a nawet czy tylko przypadkowi prawnicy? Przecież system służby bezpieczeństwa był wszechstronny, dobrze zorganizowany, miał duże fundusze na funkcjonowanie, zatrudniał psychologów i specjalistów z różnych dziedzin. Kto zbadał wielopłaszczyznowe funkcjonowanie tego systemu od środka? Nie uważam, by wystarczyło tylko badanie historyków, to za mało. A kto interesuje się opiniami ludzi, którzy byli przesłuchiwani, dręczeni, nękani i doświadczyli kontaktów z SB ? Czy IPN ma taki warsztat, który dokonuje analizy systemu werbowania współpracowników? Zwracamy także uwagę, że wielu księży podchodziło do pracowników tych służb po duszpastersku. Przy okazji kontaktów potrafili ich ewangelizować. Były różne sposoby, o które znamy z opowiadań, prowadzące ludzi z tamtej strony nawet do kratek konfesjonału. Komunizm nie upadł, ponieważ został przez jakąś formację polityczną pokonany (jak to usiłują wmówić nam niektórzy publicyści), lecz został rozmiękczony od wewnątrz. A niemały w tym udział miał polski Kościół i jego duchowieństwo.
Dzisiaj młodzi dziennikarze nic nie rozróżniają. Tak jak ongiś komisarze ludowi czy niesławni śledczy w Związku Sowieckim - z ogromną pasją występują przeciwko kapłanom czy biskupom, oskarżając ich znów o działania przeciw współobywatelom.
Przydałoby się trochę umiaru w odsądzaniu ludzi od czci i wiary. Przydałoby się rozróżnianie: co i jak było. Pozwolę sobie zauważyć, że uderzenie w pasterza to chwyt stosowany od dawna, żeby owce uczynić łatwym sobie łupem. U nas jest chyba również odwetem na duchowieństwie za przyczynienie się do upadku komu-nizmu i ubeckiego systemu upadlania ludzi.
Pamiętamy, czego dopuszczano się w Związku Radzieckim, gdy chodzi o niszczenie wiary. W Polsce wielu ludzi pracuje dziś usilnie, aby zniszczyć dobrą opinię księżom i biskupom. I jeszcze mają czelność mówić, że są życzliwi i mienią się katolikami. Być może dążą do tego, co stało się faktem w niektórych krajach Zachodniej Europy, że nawet ludzie niewierzący weszli do Rad Parafialnych i rządzą w nich tak, że biskup nie może sobie poradzić, że proboszcz się nie liczy. Terroryzowanie duchowieństwa to sprawdzony sposób osłabienia Kościoła.
Obyśmy nie doczekali się takiej sytuacji, że braknie nam kapłanów, biskupów. Pan Bóg może nas ukarać za podobne podrywanie zaufania nie tylko do jednego biskupa, ale do całego Kościoła.
Papież jest odpowiedzialny za Kościół, za nominacje biskupów. Jeżeli więc Ojciec Święty jest powiadomiony o sytuacji w sposób całkowity, niechże dziennikarze, także "katoliccy", uszanują jego decyzje.
Chciałbym przypomnieć ważny tekst Ojca Świętego Benedykta XVI wypowiedziany 25 maja 2006 r. w archikatedrze św. Jana w Warszawie podczas spotkania z duchowieństwem:
"Trzeba unikać aroganckiej pozy sędziów minionych pokoleń, które żyły w innych czasach i w innych okolicznościach. Potrzeba pokornej szczerości, by nie negować grzechów przeszłości, ale też nie rzucać lekkomyślnie oskarżeń bez uwarunkowań".

* * *

Obecne stanowisko zostało opracowane w oparciu o dostępne materiały w dniu 5 stycznia 2007 r., do godz. 9.00.

Editor: Tygodnik Katolicki "Niedziela", ul. 3 Maja 12, 42-200 Czestochowa, Polska
Editor-in-chief: Lidia Dudkiewicz • E-mail: redakcja@niedziela.pl