Media na służbie władzy

Artur Stelmasiak

Od kilku lat wolność słowa jest ograniczana zarówno przez władze państwowe, jak i przez główne media – tak alarmujące wnioski zostały opublikowane w raporcie przygotowanym przez Stowarzyszenie Polska Jest Najważniejsza

Twórcy raportu są przekonani, że panujący w Polsce „ład” medialny odegrał kluczową rolę w kampanii parlamentarnej i miał pośrednie przełożenie na wybory milionów Polaków. – To jest zdumiewające, że największe polskie media przez niemal cztery lata były w „opozycji do opozycji”. Taka sytuacja prowadzi do patologii naszej demokracji – mówi „Niedzieli” Teresa Bochwic, była członkini Rady Etyki Mediów, współautorka Raportu o zagrożeniach wolności słowa w Polsce w latach 2010-2011, który został przygotowany przez Stowarzyszenie Polska Jest Najważniejsza (nie mylić z partią PJN).
Negatywną diagnozę mediów w Polsce wyraźnie dostrzega także prezes stowarzyszenia prof. Jan Żaryn, historyk z UKSW. Jego zdaniem, obecnie widoczne są dwa równoległe światy. Pierwszy można porównać do matrixa, czyli wytworzonej przez media „rzeczywistości”. – Z drugiej strony mamy świat rzeczywisty, który żyje autentycznymi problemami, ale niestety nie jest dopuszczany do dyskursu publicznego, a każda próba wykrzyczenia prawdy o rzeczywistości w Polsce spotyka się z represjami – podkreśla prof. Żaryn. Permanentny brak dostępu do prawdziwej informacji nie tylko psuje nasze państwo, ale przede wszystkim sprawia, że Polacy stają się niewolnikami, którym wąska grupa ludzi mówi, co jest prawdą, a co nią nie jest. – Jeżeli nie powstrzymamy władzy w zagarnianiu coraz większej przestrzeni publicznej, to staniemy się niewolnikami w ręku dawców tego matrixa – przestrzega prof. Żaryn.

„Dorzynanie watahy”

Według raportu SPJN, to właśnie rządząca partia za pośrednictwem kilku swoich przedstawicieli wprowadziła obelgi i błazenadę do języka publicznego, zarówno w parlamencie, jak i w mediach. Jej reprezentanci wyrażają się w mediach lekceważąco na temat wartości ważnych w cywilizacji europejskiej, takich jak szacunek dla zmarłych i opłakujących ich wdów i sierot, współczucie dla słabszych czy prawo do wyrażania publicznie swojej religijności. Nierzadko również dziennikarze mainstreamowych mediów dołączają się do tego szyderczego chóru. Przykładem może tu być fałszowanie i ośmieszanie wizerunku śp. pary prezydenckiej. – Dopiero po ich tragicznej śmierci w katastrofie smoleńskiej zdumieni Polacy zobaczyli nigdy niewidywane sympatyczne zdjęcia – podkreślają autorzy raportu.
To przecież jeden z ministrów rządu użył w stosunku do wyborców partii opozycyjnych określenia „bydło”, a inny zapowiedział walkę z opozycją aż do „dorżnięcia watahy”. Były wiceszef klubu parlamentarnego rządzącej partii w telewizji obrzucał obelgami poprzedniego prezydenta, życzył mu śmierci, a po katastrofie wyrażał publicznie żal, że jego brat nie zginął razem z nim. – Gdyby tego typu słowa padły z ust opozycji, spotkałoby się to z wielką medialną kampanią. Natomiast niewybredne wypowiedzi polityków partii rządzącej są traktowane jako coś „normalnego” – podkreśla Teresa Bochwic.
Jako przykład manipulacji w ocenie polskiej sceny politycznej można przytoczyć powszechnie cytowany fragment książki Jarosława Kaczyńskiego, w którym lider opozycji napisał, że Angela Markel nieprzypadkowo została kanclerzem Niemiec. Po nagłośnieniu tych słów natychmiast rozpoczęła się wielka nagonka medialna przeciwko prezesowi PiS. Jednak zupełnie inaczej zostały potraktowane słowa ministra Radosława Sikorskiego z WikiLeaks o tym, że „Niemcy to koń trojański Rosji w Europie”. Choć wypowiedź szefa MSZ była o wiele ostrzejsza, to jednak przeszła prawie bez echa.

Jasnogórskie „ustawki”

Tego typu manipulacje dotyczą nie tylko polityków, ale także sporej części naszego społeczeństwa. Widzieliśmy wiele jednostronnych relacji spod Pałacu Prezydenckiego, kiedy to dziennikarze szydzili z ludzi modlących się przed krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Napiętnowani są więc nie tylko opozycyjni politycy, ale także ich zwolennicy i potencjalni wyborcy. Doskonałym tego przykładem mogą być incydenty pod murami Jasnej Góry, które były mocno eksploatowane przez prorządowe media – głównie „Gazetę Wyborczą” i telewizję Polsat. Raport SPJN demaskuje manipulacje i pokazuje, że były to zwyczajne prowokacje dziennikarskie, tzw. ustawki, czyli wydarzenia zaaranżowane, a następnie podsycane przez dziennikarzy. Dzięki nim można było zdewaluować wybraną grupę polskiego społeczeństwa, sugerując chuligańskie zachowanie słuchaczy Radia Maryja.
Według informacji „Gazety Wyborczej”, w zajściu z 20 czerwca 2010 r. uczestniczył Rafał Maszkowski, publicysta internetowy, prowadzący krytykującą Radio Maryja stronę internetową. Ekipa filmowa podłączyła mu do koszuli mały mikrofon, żeby rejestrować reakcje ludzi na rozdawane ulotki, krytykujące Radio Maryja. Kiedy do Maszkowskiego podszedł organizator pielgrzymki – o. Andrukiewicz, doszło do sporu.
Prowokację „Gazety Wyborczej” zdemaskował portal  Fronda.pl, który ustalił, że Maszkowski wcześniej zaplanował swoją akcję i to on ściągnął na nią dziennikarkę „Gazety Wyborczej”. Jednak reżyser filmu odmówił Frondzie udostępnienia fragmentu filmu, na którym miało być widać atak o. Andrukiewicza. Twierdził, że przekazał go telewizjom TVN i Polsat. Natomiast rzecznik TVN Karol Smoląg powiedział, że na filmie nie widać sceny ataku i że materiał jest słabej jakości. Podobną sytuację mogliśmy obserwować w lipcu 2011 r. na antenie Polsatu. Według relacji tej stacji, krewki uczestnik pielgrzymki miał wyrwać mikrofon i uderzyć reporterkę stacji oraz poturbować kamerzystę. „We wrześniu 2011 r. poszukiwani byli świadkowie zajścia, gdyż organy ścigania nie uwzględniały amatorskich filmów, na których widać było, że stroną atakującą był dziennikarz” – czytamy w raporcie SPJN.
Mainstreamowe media najczęściej milczą na temat niewygodnych dla władz informacji, manipulują materiałami w sposób zgodny z ich oczekiwaniami, a nawet organizują zdarzenia, by móc skrytykować lub potępić nielubiane i niewygodne środowiska. Często więc dziennikarze nie pokazują prawdziwej rzeczywistości, ale ją kreują.

Ukaranie „Rzeczpospolitej”?

Najbardziej niepokojące fakty to jaskrawe upolitycznienie mediów publicznych, które należą do całego społeczeństwa. W ostatnim czasie zwolniono z pracy w TVP kilkunastu dziennikarzy, a ich programy zostały zdjęte z anteny. – Temu zjawisku towarzyszy wymiana elit, które są zapraszane do telewizji. Zamiast prof. Zdzisława Krasnodębskiego, dr Barbary Fedyszak-Radziejowskiej czy prof. Andrzeja Nowaka możemy słuchać praktycznie tylko tych, którzy sprzyjają władzy. Część poglądów i opinii została brutalnie amputowana z przestrzeni publicznej TVP – mówi prof. Jan Żaryn.
Kolejnym niepokojącym i dziwnym zjawiskiem jest sprzedaż koncernu wydającego „Rzeczpospolitą” – jeden z największych polskich dzienników, który ma zróżnicowany profil konserwatywno-prawicowy. Do tej pory dziennik był uważany za jedyne mainstreamowe medium patrzące na ręce władzy. – Zaczęło się od tego, że prasa angielska pisała o naciskach ministra skarbu na właściciela większościowego, by zrekonstruował redakcję. Anglicy odmówili polskiemu ministrowi, jednakże we wrześniu 2010 r. odwołano z Mecom Group jej szefa, Davida Montgomery’ego, popierającego konserwatywny nurt w „Rzeczpospolitej” – przypomina Teresa Bochwic.
Później rząd postanowił skłonić do sprzedaży udziałów brytyjski koncern wydawniczy Mecom Group, posiadający w spółce Presspublica, wydawcy „Rzeczpospolitej”, ponad 51 proc. udziałów. Przejęcie spółki wiąże się również z kontrolą tygodnika społeczno-politycznego „Uważam Rze”, który odniósł ogromny sukces rynkowy. Na początku lipca 2011 r. Anglicy sprzedali swe udziały Grupie Gremi, czyli Grzegorzowi Hajdarowiczowi, właścicielowi kilku pism niezwiązanych z czytelnikami konserwatywnymi. „Jego partnerem w interesach jest Kazimierz Mochol, były szef Kontrwywiadu i wiceszef Wojskowych Służb Informacyjnych” – czytamy w raporcie. Spółka deklaruje chęć kupna pozostałej części Presspubliki. Państwo przyczynia się w ten sposób do niszczenia reprezentacji medialnej dużej części społeczeństwa oraz wyklucza ich poglądy z debaty publicznej.

Niewolnicy matrixa

Obrońcy wolności słowa w Polsce muszą mieć coraz więcej determinacji i odwagi. Niepokorni dziennikarze mogą liczyć się z coraz poważniejszymi represjami ze strony rządu. Przykłady podsłuchiwanych, bitych i wyrzucanych dziennikarzy były do tej pory znane raczej z historii PRL-u oraz zza naszej wschodniej granicy. W 2009 r. wyszło na jaw, że służby specjalne inwigilują dziennikarzy krytykujących rząd i ujawniających powiązania dawnych Wojskowych Służb Informacyjnych. Natomiast w ostatnim roku byliśmy świadkami pobicia dziennikarza przez Straż Miejską, aresztowania przez policję, a nawet interwencji ABW w mieszkaniu niepokornego blogera. Coraz częściej musi się zajmować sprawami poszkodowanych i podsłuchiwanych dziennikarzy m.in. Helsińska Fundacja Praw Człowieka.
Opozycyjne wobec władzy tytuły i rozgłośnie są obecnie marginalizowane, ośmieszane, a pokazywane przez nie tematy i wykryte afery nie są podejmowane przez mainstreamowe media. W ten sposób stworzono specyficzne „medialne getto”, które praktycznie pozbawione jest dostępu do rynku reklamowego. Ograniczona jest również dyskusja między redakcjami. Krytyka np. „Gazety Wyborczej” kończy się bardzo często w sądzie. Znany z wytaczania dziesiątków procesów o zniesławienie jest redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” – Adam Michnik. Paradoksem historii jest fakt, że były dysydent, obrońca praw człowieka i więzień polityczny w czasach PRL dziś ściga innych.
Walka z obowiązującym układem medialnym, który sprzyja obecnej władzy, jest bardzo trudna. Do zepchnięcia dużej części opinii publicznej na margines życia społecznego coraz częściej używa się całego aparatu państwowego – policji, sądów, a nawet służb specjalnych. Krok po kroku władza posuwa się do coraz większych absurdów. Nie tylko potrafi gasić znicze przed Pałacem Prezydenckim czy „aresztować” układane na ulicy kwiaty, ale nawet cofnąć dotacje dla uczelni. – Po obronieniu pracy magisterskiej Pawła Zyzaka, dotyczącej przeszłości Lecha Wałęsy, Uniwersytet Jagielloński nie dostał dotacji na rozwój uczelni. Wystarczyła jedna nieprawomyślna praca, by uruchomić gigantyczny państwowy aparat represji. W ten sposób ogranicza się nie tylko wolność słowa, ale także wolność badań nad najnowszą historią – tłumaczy prof. Żaryn. Jeżeli ekspansja władzy będzie się nadal pogłębiać, to Polska coraz bardziej może przypominać Rosję, gdzie media i cały aparat państwowy służy jedynie pielęgnowaniu władzy. Przecież w Moskwie również główne media są w „opozycji do opozycji”, a środowiska, które źle mówią o władzy na Kremlu, są marginalizowane, ośmieszane, pomijane i... zamykane! Bez równowagi medialnej i dziennikarzy patrzących na ręce władzy możliwa jest tylko fasadowa demokracja. – Choć widzimy zagrożenia, to nie znaczy, że wolność słowa w Polsce jest całkowicie ograniczona czy zamknięta. Nie jesteśmy Białorusią ani Rosją. Jeszcze nie jesteśmy – przestrzega Teresa Bochwic.

"Niedziela" 43/2011

Editor: Tygodnik Katolicki "Niedziela", ul. 3 Maja 12, 42-200 Czestochowa, Polska
Editor-in-chief: Lidia Dudkiewicz • E-mail: redakcja@niedziela.pl