Reklama

Turystyka

Atlantyk solo

Zyskałem światowy rozgłos, pokonując ocean w roli dobrowolnego rozbitka. To 44-dniowe doświadczenie wykorzystali badacze z NASA, zainteresowani problematyką izolacji i granic ludzkiej wytrzymałości. Uważam, że każdy człowiek jest zdolny obrócić słabość w siłę, a lęk w nadzieję, która nigdy nie powinna wygasać.

To był już któryś z rzędu dzień mojej atlantyckiej podróży. W ciągu dnia ocean zmieniał tony barw – z niebieskiej na lazurową, z jasnozielonej na ciemnozieloną. Grzbiety fal nadbiegających z prawej strony od rufy były spowite perlistymi grzywaczami. W południe woda pokrywała się oślepiającym błyskiem milionów migocących iskierek, z kolei po zachodzie słońca przybierała kolor atramentowy, przechodząc w ołowiany, a za plecami stawała się czarna jak smoła. Bezmiar oceanu napawał okazałością, ale i grozą. Brak gruntu pod nogami sprawiał, że chwilami czułem się zawieszony w przestrzeni i czasie.

Kartka z pamiętnika

W 1975 r. postanowiłem przepłynąć samotnie Atlantyk 5-metrową łupinką. Zamierzałem dodać wiary potencjalnym ofiarom katastrof morskich i dowieść, że mogą się uratować, pod warunkiem, iż stawią czoło bezlitosnej rzeczywistości i wykażą się hartem ducha. Nie miałem żadnej łączności ze światem zewnętrznym, GPS wówczas nie istniał, nie posiadałem sekstansu, jedynie kompas. Głównym problemem rozbitka jest brak wody pitnej, zatem zbierałem ją w czasie deszczu; łowiłem także ryby, które zawierają sporo płynu.

Nie miałem samosteru, dlatego siedziałem cały czas przy rumplu. W nocy spałem jednorazowo nie dłużej niż kwadrans. Kiedy łódź wychodziła z kursu, budziło mnie łopotanie żagla. Wtedy wracałem na trasę, a po 10-20 minutach ponownie zasypiałem. I tak przez całą noc. Mimo że każdy dzień wyglądał podobnie, to były to tylko pozory. Tak jak nie ma dwóch takich samych wschodów słońca, tak i moje dni były różne. Nie było rutyny i schematu, natomiast były ustawiczna praca, ręczne sterowanie, bezustanne czuwanie przy żaglach, drobne naprawy, wypełnianie dziennika pokładowego, wylewanie wody z łodzi. Pozycję zliczoną obliczałem, biorąc pod uwagę prędkość, którą oceniałem na oko, znos pod wpływem prądu i dryf, który był uzależniony od oddziaływania wiatru. Doszedł do tego temat łowienia ryb, a to jest wyższa sztuka wtajemniczenia, która zajmuje wiele czasu. Jak już wspominałem, nie tylko zaspokajały one mój głód, ale pocięte na kawałki i przeżute dostarczały bezcennego płynu. Przy każdej okazji zbierałem także plankton, drobne przezroczyste organizmy, które wpadały do siatki z muślinu.

Reklama

Poranna toaleta ograniczała się do odświeżenia twarzy gąbką nasączoną słodką wodą. Towarzyszyły mi ciągle taki sam mroczny, beznamiętny szum morza i palące promienie słońca. Piekły poparzony, przeżarty solą nos, podbródek i uszy. W pewnej chwili zdrętwiałem ze strachu, bo za plecami – ni stąd, ni zowąd – usłyszałem potworny trzask, niczym eksplozja bombowa. Była to spadająca do wody, po swoim akrobatycznym wyskoku, orka z rodzaju waleni, ważący kilka ton największy drapieżnik oceanów. Dotrzymywała jej towarzystwa chmara większych od mojej szalupy pobratymców z charakterystycznymi czarnymi grzbietami i białymi plamami za okiem i za płetwą grzbietową. Wbrew opinii o ich niekonfliktowych skłonnościach, były niejednokrotnie przyczyną żeglarskich dramatów. Potrafią bowiem atakować dla zabawy i niczym pocisk podwodny głową rozbić burtę jachtu. Efekt może być tylko druzgocący.

Strach ma wielkie oczy

Można być twardzielem, ale kiedy ktoś porusza się na krawędzi, to funkcjonuje cały czas ze strachem – budzi się z nim i zasypia. Kto nie zna tego emocjonalnego napięcia, ryzykuje. Taki człowiek mógłby nie wrócić do domu, bo nie rozpoznałby w porę ukrytego zagrożenia. Związana z instynktem przetrwania bojaźń mobilizuje. Sprawia, że człowiek jest w stanie pokonać większą przeszkodę, niż by mu się mogło wydawać.

W nieprzeniknionej nocy, z dala od codziennych udogodnień, zgroza ma jeszcze większe oczy. Dawała mi się we znaki niezmiennie wilgotna, bo przesycona morską wodą, odzież. Żyłem na granicy snu i jawy. Czułem się, jakbym naruszył linię demarkacyjną, dla innych ludzi nieprzekraczalną. Pośród sił nadprzyrodzonych, w ciszy swojego serca, doznałem wymiaru sacrum, w którym objawiała się Boska obecność. Szczerze i prostolinijnie rozmawiałem ze Stwórcą, dziękowałem Mu za okazane łaski i za wszelkie dobra, z których czerpałem w życiu garściami. Wówczas były też sposobne chwile do przemyśleń nad sensem ludzkiego życia i docenienia wspaniałego w swej prostocie otaczającego nas świata czy formowania własnej postawy wobec niego.

Reklama

Latające ryby

Bywały momenty relaksu. Podziwiałem zastęp wdzięcznie harcujących delfinów, a chwilę potem chłonąłem już wzrokiem ściganą przez tuńczyki ławicę latających ryb, które wyrwały się z wody i przez kilkanaście sekund, za pomocą szerokich płetw piersiowych, rozpaczliwie szybowały lotem ślizgowym w powietrzu. Zdarzało się, że miałem z nich wystawną ucztę, bo w nocy, przyciągnięte przez światło latarki, wpadały w obfitych ilościach do łodzi. Po wypatroszeniu i odcięciu głowy oraz ogona zjadałem na surowo całą rybę, starannie przeżuwając ości. Mięso naturalnego sushi było smaczne i delikatne, nawet jeśli brakowało kulinarnego procesu made in Japan. Dla dobrowolnego rozbitka, który musi troszczyć się o przeżycie, ryby – kiedy udaje się je złowić – stanowią podstawę wyżywienia.

Zmagania z żywiołem

Zmęczenie i napięcie wzniecały katusze, zdarzało mi się słyszeć dziwne, koszmarne odgłosy. Budziłem się z krzykiem, bo śniło mi się, że jakiś statek chce mnie zatopić. Innym razem – że łódź idzie na dno, a ja nie mogę się z niej wydostać. Dochodziło do mojej świadomości, że nikt mnie nie wyręczy, że jestem zdany tylko na siebie, moje życie jest w moich rękach.

W końcu przyszedł dzień, kiedy ocean na dobre objawił mi potęgę przyrody. Wicher świszczał w olinowaniu, góry wodne przesuwały się groźnie obok łupiny zaginionej w bezmiarze królestwa Neptuna. To był sztorm. Musiałem nieustannie wylewać wodę, bo fale zalewały łódź, wypełniały ją nieraz do połowy i w każdej chwili mogły wywrócić.

Reklama

Zmagania z żywiołem wyczerpywały mnie bez reszty. Ciążyła mi bezkresna samotność, piekła przeżarta solą skóra. Nie jadłem, nie spałem, trząsłem się z zimna i niepokoju. Byłem przemoczony do suchej nitki, a siedzenie sprawiało mi ból, bo od ciągłej wilgoci moje pośladki były pokryte czyrakami. Coraz częściej nachodziły mnie złe myśli, ale totalnym wysiłkiem umacniałem wiarę we własne siły. Wspominałem The Guardian, który pisał przed moim wypłynięciem z Dakaru, że podjąłem wyzwanie z kategorii karkołomnych. Miał rację, zdawałem sobie sprawę, że będzie jeszcze trudniej, niż mógłbym to sobie wyobrazić.

Dopraszałem się u Stworzyciela spotkania jakiegoś statku. Ja, który tak kochałem morze, zacząłem je nienawidzić i przysięgać, że jeśli szczęśliwie dotrę do lądu, to już nigdy więcej nie powrócę na nie. Po trzech nieprzespanych nocach bałem się, że mogę upaść na duchu i stracić instynkt samozachowawczy. Ale wewnętrzny głos był silniejszy: „Nie! Nie poddam się! Wytrwam!”. W zmaganiach przyszedł w sukurs kolumbijski marynarz sportretowany przez Gabriela Garcię Marqueza w Opowieści rozbitka. Swego czasu byłem pod silnym wrażeniem tej historii. Nieszczęśnik po dziesięciu dniach dryfowania na tratwie, bez picia i jedzenia, na wpół żywy wylądował na bezludnej plaży. Myślę, że jego heroiczna postawa, moc ducha i wielkie pragnienie życia pomogły później uratować się niejednej ofierze katastrofy okrętu.

Ratunek?

Po dwóch dobach na horyzoncie ukazał się kubański statek badawczy „Oceano Antartico”. Kiedy pojąłem, że chcą mnie wyrwać z niebezpieczeństwa, miotałem się z myślami. Czy dać za wygraną? Czy mam bezpiecznie wrócić do domu czy, mimo wszystko, podtrzymać wyzwanie? Przeżywałem wtedy niełatwe chwile. Zastanawiałem się: czy jeśli się ugnę, to później to sobie wybaczę? Decyzja mogła być tylko jedna: płynę dalej!

To „nie” przy burcie statku, na którego pokładzie ofiarowywano mi ciepły posiłek, suchą koję i gwarancję powrotu do bliskich, było najbardziej wartościową lekcją i największym sukcesem mojego życia. Lekcja ta odzywa się we mnie z całą siłą w trudnych chwilach, ilekroć nawiedza mnie myśl, że musiałbym zrezygnować z jakiegoś trudnego przedsięwzięcia.

Jacek Pałkiewicz - reporter, eksplorator www.palkiewicz.com

2022-05-11 07:24

Ocena: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Papież w drodze do Ameryki Łacińskiej

[ TEMATY ]

podróże

Franciszek w Ameryce Łacińskiej

Grzegorz Gałązka

Dziś na placu św. Piotra w Watykanie nie ma tradycyjnej, południowej modlitwy "Anioł Pański". Od godz. 9.15 bowiem papież Franciszek jest w drodze do Ameryki Południowej. W dniach 5-12 lipca odwiedzi tam Ekwador, Boliwię i Paragwaj - trzy najuboższe państwa kontynentu.

Lot potrwa 13 godzin, a samolot przebędzie odległość 10 tys. km, by o 22.00 czasu polskiego wylądować na lotnisku w stolicy Ekwadoru, Quito.

CZYTAJ DALEJ

Bp Przybylski na Jasnej Górze: twórzmy kulturę rozumienia życia konsekrowanego

2023-01-29 14:29

[ TEMATY ]

Jasna Góra

bp Andrzej Przybylski

Jasna Góra/Facebook

- Twórzmy kulturę rozumienia życia konsekrowanego, bo każdy z nas może kiedyś w niebie zobaczy, że uratowały mu szczęście i zbawienie - służba i modlitwa niejednej siostry - powiedział na Jasnej Górze bp Andrzej Przybylski. Delegat Komisji Episkopatu Polski ds. powołań celebrował Mszę św. w ramach dorocznego spotkania sióstr odpowiedzialnych w zgromadzeniach za powołania.

30. sesja formacyjna dla sióstr odpowiedzialnych w zgromadzeniach za powołania odbywała się pod hasłem „Jak rozmawiać o Kościele z młodymi ludźmi”. W trzydniowym spotkaniu udział wzięło prawie 80 referentek.

CZYTAJ DALEJ

Bądź radosny, jest Bosko!

2023-01-29 18:23

Homilię wygłosił ks. Michał Piechota

31 stycznia obchodzimy liturgiczne wspomnienie św. Jana Bosko, a zarazem jedno z dwóch najważniejszych świąt salezjańskich. Aby umożliwić większej liczbie wiernych udział w uroczystości, parafia św. Michała Archanioła na Ołbinie obchodzi ją już dzisiaj.

Eucharystii dla dzieci przewodniczył ks. Michał Piechota, salezjanin. W homilii przypomniał historię życia i powołania założyciela salezjanów. Jan Bosko urodził się w 1815 r. w biednej rodzinie, na terenie północnych Włoch, w małej wiosce niedaleko Turynu. – Od samego początku jako dziecko wykazywał pewne cechy, które go wyróżniały spośród innych: dobroć, wrażliwość na drugiego człowieka, chęć przyprowadzania innych do Pana Boga. Był bardzo dobrym organizatorem, zdolnym dzieckiem, próbował czegoś uczyć swoich kolegów, zachęcał do wspólnej zabawy, chciał być pozytywnym przykładem i wzorem dla innych – tłumaczył ks. Michał.
Kiedy Jan dorósł, usłyszał w sercu wołanie Pana Boga, by pójść do seminarium. Wstąpił do seminarium diecezjalnego a kiedy je ukończył, zaczął się zastanawiać co do swojej przyszłej pracy. Dostawał różne propozycje, ale odkrywając w sobie wrażliwość na biednych, słabych i pokrzywdzonych skierował swoje działania do chłopców odrzuconych przez społeczeństwo turyńskie. Byli to chłopcy pochodzący z biednych rodzin, którzy pracowali na swoje utrzymanie, ale byli oszukiwani przez swoich pracodawców. Ci chłopcy, gdy próbowali wyegzekwować to, co im się należało, byli traktowani jako młodociani przestępcy. Nieraz też bieda zmuszała ich do kradzieży.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję